Futboliga - Liga Ósemek Piłkarskich

1000x200 LIGA HALOWA

ZALOGUJ SIĘ

Logowanie

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Retro nie daje się Offsidowi! Niewyobrażalna wpadka Markingu.

14
Paź

W piłce nie ma rzeczy niemożliwych – to hasło to banał. Ale widząc niektóre wczorajsze spotkania, naprawdę jesteśmy w stanie uwierzyć, że z każdej sytuacji można wyjść obronną ręką.

I od razu przechodzimy do gwoździa programu. Rafał Kusiak chyba się nie obrazi, jeśli zdradzimy, że jeszcze w sobotę po południu miał zaledwie sześć osób chętnych do gry. Ostatecznie Sokołom udało się jednak zebrać skład (ale wcale nie najmocniejszy), chociaż pewnie złośliwi stwierdziliby, że może lepiej byłoby oddać kolejnego walkowera, niż dostać lanie od Markingu. Tym bardziej, że tutaj już po 8 minutach było 3:0 dla AGD. Trzy – zero! W osiem minut. Zapachniało dwucyfrówką, więc tym bardziej ciężko zrozumieć co stało się potem. Faworyci tak bardzo uwierzyli, że zafundują rywalom pogrom, że przestali się przejmować nawet wtedy, gdy zaczęli tracić gole. Jakby nie dowierzali, że to wszystko dzieję się naprawdę, a jeśli nawet to w każdej chwili są w stanie wrócić do gry. I to ich zgubiło. W dodatku mieli niesamowitego pecha – dwa gola stracili po samobójach, jednego z rzutu wolnego, innego po rykoszecie, a sami pudłowali w kluczowych momentach. W 33 minucie przegrywali już nawet 3:5(!), ale doszli na 5:5 i gdy wydawało się, że przynajmniej remis mają w garści, stracili gola na 5:6 a potem jeszcze jednego i w ten sposób doznali być może najbardziej kuriozalnej porażki w swojej przygodzie z amatorską piłką. I nie możemy ich tłumaczyć, że nie było Janka Szulkowskiego czy Kacpra Dalby. Wygrywając 3:0 i mając taką przewagę, nie masz nic na swoją obronę. Symptomatyczne było jednak to, że po ostatnim gwizdku gracze AGD sami się z siebie śmiali. Nie docierało do nich to, co stało się przed chwilą. Z kolei Sokoły świętowały – miała być klęska, a skończyło się nieprawdopodobnym come-backiem. Brawo!

Do niespodzianki – chociaż nie takiego kalibru jak wyżej – doszło też w drugim wczorajszym meczu. Retro zremisowało bowiem z Offsidem, ale tak z perspektywy czasu zastanawiamy się, czy Squad aby przypadkiem nie powinien odczuwać mimo wszystko niedosytu. Dlaczego? Bo faworyci zagrali słabo. Nie kreowali sytuacji, często gubili się w obronie i gdyby beniaminek pierwszej ligi był skuteczniejszy, to do przerwy prowadziłby spokojnie 2:0 i jeden punkt to byłoby minimum, z czym Retro by skończyło. Ale jeśli nie wykorzystuje się dwóch kontr, gdzie ma się przewagę liczebną, to potem są problemy. Offside po rzucie karnym doprowadził do remisu, ale nawet wtedy nie był w stanie wrzucić kolejnego biegu i mecz skończył się wynikiem 1:1. Zasłużonym, aczkolwiek ze wskazaniem na Retro, które odebrało punkty już drugiemu, ligowemu faworytowi. A że teraz czeka go seria meczów z ekipami niżej notowanymi, to chyba możemy się spodziewać, że pozycja w tabeli ekipy z Radzymina szybko zacznie się poprawiać.

Drugą porażkę w sezonie zanotował z kolei Tiger. Ale o ile z Al-Majem, Tygrysy miały po prostu pecha, to z Ursynowem przegrały jak najbardziej zasłużenie. Wynik tego nie oddaje, ale jeśli napiszemy, że zespół Mariusza Magierka na przestrzeni 50 minut oddał zaledwie dwa celne strzały, z czego tylko jeden miał realną szansę na bramkowy efekt, to mówi to wiele o postawie spadkowiczów z elity. Na tym tle Ursynów zaprezentował się bardzo korzystnie. Zawodnicy mądrze dzielili się piłką, grali odpowiedzialnie z tyłu i zupełnie nie dali pograć napastnikom Tigera. Już do przerwy mogło tutaj być przynajmniej 2:0, ale Michał Kaźmierski + nieskuteczność „czerwono-czarnych”, utrzymywały wynik bezbramkowy. Do czasu – Ursynów wreszcie swoją przewagę zaczął zamieniać na gole i nie musiał oczekiwać nerwowej końcówki, w której mogło się przecież zdarzyć wszystko. Jeśli ten zespół podtrzyma prezentowany poziom, to ma szansę, by powalczyć o coś więcej niż zwykle. Tiger w tej kwestii też ostatniego słowa nie powiedział, aczkolwiek on – by tak się stało – musi akurat zacząć robić wszystko odwrotnie, w stosunku do wczorajszego dnia. Bo w niedzielę wyglądało to bardzo kiepsko.

Maleńki akapit poświęcimy za to kolejnemu spotkaniu – wszyscy już pewnie widzieli wynik 14:2 w konfrontacji Drzewcy z Al-Majem. Uściślijmy więc – markowianie grali o dwóch zawodników mniej. Ale jesteśmy dalecy od tego, by ich atakować. Wręcz przeciwnie – mimo że byli skazywani na klęskę, podjęli rękawicę i naprawdę zostawili na boisku sporo zdrowia. To nie jest zresztą ich porażka. Albo jeszcze inaczej. Tego pogromu nie zafundowali im rywale, ale ci koledzy z drużyny, którzy nie przyjechali na mecz. Bo Drzewce tak naprawdę zrobiły tutaj swoje, tym bardziej że dla nich to też było parszywe spotkanie. Wychodzisz na boisko i wiesz, że musisz wygrać, bo inaczej będziesz obiektem drwin. Na szczęście dla nich, nic takiego nie miało miejsca. Łatwe zwycięstwo, o którym trzeba jednak szybciutko zapomnieć.

W powyższej potyczce zobaczyliśmy aż szesnaście goli, natomiast dla odmiany w kolejnej – zaledwie jednego. Ale spodziewaliśmy się bardzo niewielkiej różnicy bramkowej w starciu Woli Rasztowskiej z Hashem, bo te zespoły prezentują podobny poziom. W takim spotkaniu o wyniku często decydują więc jednostki – kimś takim dla Woli (i to już nie pierwszy raz) był Łukasz Urbanik. Ten zawodnik nie kalkuluje i jak ma okazję by uderzyć – robi to. I właśnie w ten sposób, ładnym strzałem z dystansu zapewnił on swojej drużynie całą pulę. Ale w tej beczce miodu, była też łyżka dziegciu – w 34 minucie bohater tego spotkania nie wykorzystał rzutu karnego (świetna obrona Stefana Neculi), a dobitkę posłał w słupek. To spowodowało, że końcówka była bardzo nerwowa i Hash miał w niej okazje, by doprowadzić do remisu. Zabrakło mu jednak trochę szczęścia i trzeba się było pogodzić z porażką. Tym samym Wola wskoczyła właśnie na pierwsze miejsce w tabeli! Ciekawe na jak długo, zwłaszcza że prawdopodobnie już do końca rundy, bracia Kryszkiewicz i spółka nie skorzystają z usług wspomnianego Łukasza Urbanika. Pechowy uraz spowodował, że noga wylądowała w gipsie i zobaczymy jak Wola z utrzymaniem pozycji lidera poradzi sobie bez swojego najlepszego strzelca.

Niemałej sztuki w dniu wczorajszym dokonała także Nauka Jazdy u Sławka. Chociaż hmm – w sumie nie wiadomo, kto dokonał większej – oni że wygrali, czy może Sparta, że grając CAŁY MECZ o jednego więcej i prowadząc 4:3 do 49 minuty, przegrała 4:5? To był naprawdę szalony pojedynek. NJUS rozpoczyna kapitalnie i nawet piszący te słowa początkowo nie zorientował się, że grających w niebieskich koszulkach jest tylko siedmiu. Szybko robi się 2:0, potem 3:1, ale w drugiej połowie Spartanie wracają do gry. I robią to świetnie – wychodzą nawet na prowadzenie i mają wszystkie karty w swoim ręku. Nauka Jazdy wygląda na zmęczoną i pogodzoną z losem, lecz w samej końcówce znowu wszystko się odwraca! Najpierw, po ładnej akcji całego zespołu wyrównuje Norbert Marcinkiewicz, a gdy już wpisujemy remis w panelu administracyjnym, NJUS zadaje decydujący cios! I tak jak napisaliśmy wcześniej – jedni i drudzy dokonują niemożliwego. Bo wygrać ten mecz było wielką sztuką. Ale – niczego nie odbierając zwycięzcom – przegrać go, chyba jeszcze większą. I trochę nam Spartan szkoda, bo pierwsza liga mocno ich doświadcza. Tyle że w tym przypadku – wyłącznie na własne życzenie.

Po jednym thrillerze, od razu zafundowano nam drugi. A konkretnie zrobili to zawodnicy Dar-Maru i Fil-Polu. Dla obydwu ekip było to mega ważne starcie, a przy okazji prestiżowe. I chociaż jedni i drudzy mieli problemy kadrowe, gdzie brakowało kilku ważnych graczy, to nie przeszkodziło to stworzyć im fajnego widowiska. Początkowo wszystko skłaniało się ku temu, że trzy punkty pojadą z Dar-Marem. Obóz Norberta Kucharczyka prowadził już 2:0 i przypominał siebie z najlepszych czasów, czyli zero z tyłu, a z przodu zawsze coś wpadnie. Fil-Pol walczył jednak do końca. Zmniejszył straty, ale potem – coraz mocniej się odsłaniając – nadziewał się na kontry. I gdyby wtedy Dar-Mar zrobił swoje (a miał ku temu okazje), wygrałby to spotkanie. Tyle że tego nie zrobił i niczym jak w siatkówce – skoro nie chciał wygrać 3:0 albo chociaż 3:1, to przegrał 2:3. Fil-Pol w ostatnich minutach cisnął bardzo mocno i w końcu doprowadził do remisu. Ale było mu mało, co i wtedy mogło się źle skończyć, bo fantastyczną okazję popsuł Filip Bagiński. Reasumując – Dar-Mar, w dwóch różnych, aczkolwiek kluczowych momentach spotkania, miał dwie piłki meczowe. Popsuł obydwie, a w 50 minucie Patryk Skrajny pokonał strzałem z dystansu Norberta Kucharczyka i reakcji jednych i drugich można się domyśleć. Fil-Pol wrócił z zaświatów i takie zwycięstwo na pewno mocno go nakręci. Ale obydwu zespołom należą się brawa, bo takie mecze to sól Futboligi.

Kiepskiej serii w potyczkach z czubem tabeli nie udało się natomiast przerwać Al-Marowi. Po klęsce z Offsidem, teraz miejsce w szeregu pokazał im aktualny mistrz – In-Plus. A przynajmniej na to wskazuje rezultat, jednak dla kogoś, kto nie oglądał spotkania, stanowi on zmyłkę. Bo choćby w pierwszej połowie Al-Mar podobał nam się bardziej. Chłopaki grali bez kompleksów, mieli swoje okazje, nie bronili się kurczowo. No i jak to często w takich sytuacjach bywa – wystarczył jeden błąd i wszystko się posypało. Kontra In-Plusu, Marcin Kur dogrywa „perełkę” do Patryka Szeligi, ten otwiera wynik, a potem Księgowym gra się już dużo łatwiej. W 35 minucie jest już 3:0, wtedy Al-Mar na chwilę się budzi, Adam Baran zdobywa gola na 1:3, ale na więcej rywale już nie pozwalają. In-Plus korzysta zresztą z tego, że przeciwnicy odsłaniają się w poszukiwaniu trafienia kontaktowego i częstuje ich kolejny trójpakiem, wygrywając mecz w stosunku 6:1. Zbyt wysoko jak na okoliczności meczowe, jak na statystyki strzałów, no ale – marne to pocieszenie dla przegranych. In-Plus już od dawna nie leży Al-Marowi, lecz tutaj problem jest głębszy. Marcin Rychta musi to wszystko dokładnie przemyśleć, bo jego zespół jest już o włos od tego, by przestać go poważnie traktować w kontekście podium. O mistrzostwie nie wspominając.

Medale nie grożą Marcovie i Incognito, co jednak nie oznacza, że te zespoły nie mają o co walczyć. One mają po prostu inne cele. Trochę się obawialiśmy, iż w dobie meczu Polska – Macedonia, jedni lub drudzy tę potyczkę trochę zlekceważą, ale nic takiego nie miało miejsca. Stawka szła o cenne punkty, więc i na boisku nie brakowało iskier. Początek to przewaga Fioletowych, którzy dokumentują to golem. Rywale chcą szybko odpowiedzieć, Grzesiek Pański trafia nawet w słupek, ale nic nie chce im wpaść. Sytuacja powtarza się na początku drugiej połowy – znowu szybki gol dla Marcovy, a przeciwnicy nie reagują. Taki stan trwał do 44 minuty. Wtedy Sebastian Ryński przełamuje impas i zaczyna się prawdziwa wojna. Jedni atakują, drudzy odpowiadają. Najpierw szansę ma Damian Augustyniak, ale kapitalnie broni Tomek Gulczyński. Potem okazję na 3:1 marnuje Janek Czerwonka, gdzie i tutaj słowa uznania należą się drugiemu z bramkarzy. Incognito walczy do końca i gdy jest już czas doliczony, ekipie Mariusza Kwiatkowskiego wreszcie udaje się osiągnąć cel, a w roli głównej ponownie Sebastian Ryński. Marcova może pluć sobie w brodę, bo to już drugi mecz w tym sezonie, gdzie traci punkty w finałowych fragmentach. Dla Incognito też drugi, gdzie punkty zgarnia rzutem na taśmę. Może więc tego wszystkiego należało się po prostu spodziewać?

No i na koniec jeszcze kilka zdań o tym, co nawyczyniali reprezentanci ŻoliBoli i Na Fantazji. Ci pierwsi przyjechali na mecz kilkadziesiąt minut przed pierwszym gwizdkiem. Przy okazji poprosili nas, czy w trakcie ich spotkania będzie można puścić muzykę, której słuchają na co dzień. Oczywiście zgodziliśmy się. Tylko wtedy nikt jeszcze nie przypuszczał, że w akompaniamencie ich ulubionych utworów, to rywale będą grali jak z nut. A Fantazyjni, chociaż nie mieli zmian (i – jak sami stwierdzili – dzięki temu nie mieli też słabych punktów), rozegrali bardzo solidne 50 minut i wygrali zasłużenie. Co prawda początek wcale nie był zły w wykonaniu ŻoliBoli, no ale o drugiej połowie futboligowy beniaminek musi niestety zapomnieć. Nie chcemy się powtarzać, lecz brak Szymona Tokaja robi swoje. Z takimi zawodnikami jest tak, że inni gracze też grają lepiej, gdy mają obok siebie kogoś takiego. A tutaj – chociaż ambicji im nie odmawiamy – po prostu brakowało im piłkarskich argumentów. Do tego proste błędy w obronie i ot cały przepis na nieudany mecz. Z kolei Fantazyjni tego wieczora zagrali akurat wyjątkowo dojrzale, dzięki czemu w ładnym stylu zapisali na swoje konto efektowne zwycięstwo. Ale za tydzień pewnie wszystko wróci już do normy - wygląda bowiem na to, że będą dysponowali pełnym składem... ;)

Szczegółowe opisy pojawią się w czwartek/piątek w raportach meczowych (czyli po kliknięciu na wynik spotkania), natomiast statystyki (strzały, faule, rzuty rożne, etc) są TUTAJ. W rywalizacji w typowanie Organizator - Zawodnicy, po raz piąty z rzędu lepsi ci drudzy. Widzimy jednak, że wielu uczestników traktuje nasze typy śmiertelnie poważnie, podczas gdy my często stawiamy na przekór, żeby było ciekawiej. Ale chyba musimy z tym skończyć ;)

Oczywiście zapraszamy Was by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać serwis. Jak zwykle będzie się dużo działo! Terminarz na kolejkę nr 6 pojawi się natomiast we wtorek po południu.

PS: czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ dla większego zasięgu. Z góry dzięki!


Dodaj komentarz

Fil Pol 1516 Al Mar 1617 Fil Pol 1718 In Plus 1819 InPlus 1920