Futboliga - Liga Ósemek Piłkarskich

 

ZALOGUJ SIĘ SUBSKRYBUJ

Logowanie

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

To była kolejka cudów! In-Plus i Ursynów liderami po jesieni.

04
Lis

Lepiej się tej rundy zakończyć nie dało. Tylu emocji nie mieliśmy chyba przez wszystkie poprzednie kolejki razem wzięte! A pomyśleć, że termin 3 listopada, pierwotnie w ogóle nie był brany pod uwagę w kwestii rozgrywania spotkań.

Na samym wstępie chcemy podziękować wszystkim drużynom za frekwencję. Tak jak napisaliśmy wyżej – 3 listopada teoretycznie miał być dniem wolnym od ósemek, ale z racji remontu nawierzchni, skorzystaliśmy z tego terminu i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Ba – niektóre drużyny tak naprawdę powinny nam podziękować, że ich mecze się odbyły, bo będą miały o czym opowiadać przy wigilijnym stole ;) Serio – wczoraj działo się bardzo dużo, thriller gonił thriller a wyczyny niektórych ekip przejdą do futboligowych annałów. No to co? Czas na krótkie podsumowanie.

Zaczynamy od meczu, który akurat wielkiej historii nie miał. FC Hash podejmował Sokoły i dość gładko poradził sobie z lokalnym rywalem. Co prawda Haszyści nie mieli rezerwowych, ale po drugiej stronie boiska brakowało z kolei czegoś więcej – jakości. Co prawda do przerwy było tylko 1:0 dla ekipy Piotrka Dudzińskiego, a pod koniec tej części gry Sokoły zmarnowały dwie bardzo dogodne okazje do wyrównania, to już w drugiej połowie na placu gry była tylko jedna ekipa. Podopieczni Rafała Kusiaka mieli ten problem, że brakowało im bramkarza i ludzi odpowiedzialnych za obronę. To mocno ułatwiło grę konkurentom, którzy w końcówce meczu dostali coś, czego przez wiele ostatnich sezonów sami regularnie doświadczali – możliwość upokorzenia rywala. No i można powiedzieć, że plan został wykonany, bo wynik 6:0 mówi wszystko. I ciekawe jak to będzie na wiosnę z Sokołami, bo jeśli do gry nie wróci kontuzjowany Rafał Kusiak, a regularności nadal będzie brakowało Chrystianowi Karczewskiemu, to o świetlanej przyszłości można chyba zapomnieć.

Pogrom zapowiadał się także w rywalizacji Dar-Maru z Incognito. Możemy Wam już teraz zdradzić, że stawiając na ekipę z Marek w zapowiedziach, sami nie wierzyliśmy iż taki scenariusz jest możliwy. Potwierdziła to zresztą premierowa odsłona tego meczu – gracze Mariusza Kwiatkowskiego zostali niemal zdemolowani i przegrywali 0:4. Norbert Kucharczyk powiedział nam wtedy: „No, to chyba klątwa meczów z Incognito zostanie przełamana”. Odpowiedzieliśmy, że przecież jest jeszcze 25 minut gry, chociaż był to raczej wyświechtany slogan, aniżeli szczera wiara, że cokolwiek może się tutaj zmienić. Ale Incognito dokonało niemożliwego! Szybki gol na początku drugiej połowy przywrócił chłopakom wiarę i chociaż dodajmy, że w wielu sytuacjach mieli mnóstwo szczęścia, bo Dar-Mar marnował fenomenalne okazje, które zabiłyby ten mecz, to szczęściu trzeba umieć dopomóc. Za chwilę zrobiło się 4:2, potem 4:3, następnie golkiper markowian w sobie tylko znany sposób obronił strzał Damiana Zajdowskiego, potem Tomek Bicz strzelił w poprzeczkę a na końcu kolejną kapitalną interwencją popisał się Grzesiek Belniak. I jak to w piłce bywa – zamiast 5:3, w ostatniej minucie to Incognito zdobywa bramkę i remisuje mecz, który zapowiadał się na totalną klęskę. Dla nich ten punkt był jak zwycięstwo, natomiast Dar-Mar najchętniej zapadłby się pewnie pod ziemię. Puenta jest taka – sztuką było stracić taką przewagę, ale jeszcze większą było odrobić takie straty. Dlatego zawodnikom Incognito kłaniamy się w pas.

A skoro już zahaczyliśmy o temat zawodników, którzy chętnie ukryliby głowę w piasku, to bez wątpienia należy do nich bramkarz Ursynowa (dane ukryte ze względu na RODO). Lider drugiej ligi przegrał wczoraj z Drzewcami, a dwie z pięciu bramek jakie stracił, mocno obciążają konto tegoż jegomościa. Ogólnie Ursynów wcale nie zagrał tak słabo, jak wskazywałby na to rezultat, ale oprócz dwóch „wielbłądów” w wykonaniu własnego golkipera, inne dwie bramki stracił po trafieniach samobójczych. Te okoliczności nie sprzyjały odrabianiu strat, a w dodatku faworytów zawodziła skuteczność – łącznie zaliczyli dwie poprzeczki i nie wykorzystali rzutu karnego. Drzewce z kolei okazały się bezlitosne w wykorzystywaniu błędów rywala, a że w tej rundzie nie brakowało meczów, w których to one miały mnóstwo pecha, to tym razem los zwrócił im wszystko z nawiązką. Ostatecznie jednak Ursynów pozostał na pierwszym miejscu w tabeli, a wszystko za sprawą niespodziewanej porażki AGD Marking. I bez względu na to, jak to się skończy, „czarno-czerwoni” i tak zaliczyli kapitalną jesień. Chociaż niedosyt po niedzielnej potyczce na pewno trochę w nich jeszcze posiedzi.

A serią trzech zwycięstw z rzędu, pierwszą część czwartej edycji zakończyli zawodnicy Al-Maju. Wczoraj ich sukcesu raczej należało się spodziewać, bo mierzyli się z ŻoliBoli, które przecież na swoim koncie miało tylko dwa punkty. Pierwsza połowa na dobrą sprawę wcale nie uwidoczniła różnicy miejsc w tabeli między tymi ekipami i gracze z Żoliborza czuli, że są tutaj w stanie powalczyć chociażby o remis. Niestety – w drugiej nie byli w stanie zagrać na przynajmniej podobnym poziomie co wcześniej i musieli pogodzić się z przegraną. Niczego nie odbierając innym graczom, ale gdyby skład SSC składał się z trzech lub czterech graczy o nazwisku Słowiński, to wyniki byłyby dużo lepsze. To jeden z tych graczy, który po stronie ŻoliBoli nie może sobie nic zarzucić, bo harował za dwóch. No ale to było za mało. Al-Maj mimo wszystko ma zawodników bardziej doświadczonych, którzy z niejednego piłkarskiego pieca chleb jedli (i piszemy to nie tylko dlatego, że część z nich pracuje w piekarni :)) i wykorzystali swoje atuty. Tym samym odejście braci Styczyńskich chyba tej ekipie nie zaszkodziło, a może nawet pomogło. Wcześniej było więcej wzajemnych pretensji niż gry, teraz proporcje są odwrotne i efekty widać gołym okiem.

W dniu wczorajszym, z dziesięciu rozegranych potyczek, tylko (a może aż?) jedna zakończyła się remisem – ta między Nauką Jazdy u Sławka a Marcovą. Wynik jak wynik, aczkolwiek koniecznie trzeba to dopisać – Fioletowi całe spotkanie grali o jednego mniej. Tym samym „Sławki” otrzymały wyborną okazję, by rundę spuentować kolejnym zwycięstwem, no ale wyłącznie na własne życzenie, nie zechciały z niej skorzystać. Chociaż to też nie do końca tak, bo Marcova umie grać w osłabieniu i udowodniła to po raz kolejny. Chłopaki świetnie się uzupełniali, jeden asekurował drugiego i ten punkt po prostu im się należał. Był on oczywiście osiągnięty przy odrobinie szczęścia, bo rywale mocno poobijali obramowanie bramki Tomka Gulczyńskiego, a i gola na wagę jednego oczka Mateusz Gawłowski i spółka zdobyli na dwie minuty przed końcem, po strzale z rzutu wolnego. No ale okoliczności nie były najważniejsze. Nauka Jazdy tak naprawdę powinna ten mecz „zamknąć” dużo wcześniej, a wiadomo że przy wyniku 1:0, końcówka będzie nerwowa i może się w niej zdarzyć wszystko. I tak też się stało. Brawa dla Fioletowych, którym los trochę w ten sposób wynagrodził całą rundę. Z kolei Sławkom dał do zrozumienia, że wciąż muszą jeszcze nad sobą pracować.

Powyższe zakończenie idealnie opisuje również to, co ostatnio wyrabia Retro. Miało być dziewięć punktów na zakończenie jesieni, potem trzeba było plan zmniejszyć do sześciu, a skończyło się na trzech, bo Squad uległ wczoraj Sparcie, dla której były to pierwsze punkty w sezonie! Ale coś nam podpowiadało, że to się może tak skończyć. Retro już z Nauką Jazdy pokazało, że ich gra nie funkcjonuje tak jak powinna a w takim przypadku ze Spartanami też czekają ich "ciężary". Na domiar złego gol na 0:1 padł po kuriozalnym samobóju, a przy tym stanie bramkowym Damian Nowaczuk nie wykorzystał rzutu karnego. A jeśli ty nie strzelasz gola, to robi to przeciwnik i za chwilę zrobiło się 0:2, co pozwoliło ekipie Jacka Słońskiego już na kilka chwil przed końcem celebrować zdobycie całej puli. Potwierdziło się więc, że ta drużyna wcale nie jest tak słaba jak wskazuje na to tabela. Tym bardziej szkoda, że runda już się zakończyła, bo być może gdyby potrwała jeszcze trochę, to punktów by przybyło. Co do Squadu, to tutaj akurat dobrze, że nadszedł koniec, bo ten zespół wyraźnie się męczył. Wyszło na to, że lepiej się on czuł w meczach z lepszymi niż teoretycznie słabszymi. Chociaż z taką grą jak ostatnio, to z każdym miałby poważny problem...

W słabym stylu z Dziennikarską pożegnała się też Wola Rasztowska. Jeszcze kilka tygodni temu chłopaki patrzyli na wszystkich z góry, a po wczorajszej porażce z Na Fantazji, bliżej im do ostatniego miejsca w tabeli aniżeli pierwszego. A w ich przegranej z Fantazyjnymi przypadku nie było. To był słabiutki mecz w ich wykonaniu i nie możemy wszystkiego tłumaczyć nieobecnościami kilku ważnych graczy. Pochwalić należy za to triumfatorów, którzy zagrali fajną piłkę, mądrze rozgrywali ją od własnej bramki, łatwo zdobywali przestrzeń i często wszczynali alarm w polu karnym Darka Wasia. Kluczem była szybka gra, zaprzestanie holowania piłki i to, że obyło się bez błędów indywidualnych. To wszystko spowodowało, że Fantazja może akurat żałować, iż piłkarska jesień dobiegła końca. Tutaj coś się zazębiło i mamy nadzieję że na wiosnę ta drużyna nie będzie równie długo co teraz szukała tego „czegoś” w swojej grze. Natomiast dla Woli, druga z rzędu porażka w stosunku 1:4 oznaczała, że zapadnięcie w zimowy sen nie mogło dla niej przyjść w lepszym momencie. Tutaj wszystko się bowiem totalnie „porozjeżdżało”.

A jak doszło do tego, że AGD Marking zamiast na pierwszym miejscu, skończył na czwartym w tabeli drugiej ligi? Powoli zaczynamy się przyzwyczajać, że drużyna Gabriela Orycha uwielbia utrudniać sobie życie. Do porażki z Sokołami nie ma już co wracać, ale niedzielna konfrontacja z Tigerem również należała do takich, gdzie przynajmniej remis był obowiązkiem. No bo jeśli prowadzi się w meczu dwukrotnie, to nie można takiego spotkania przegrać. Nie chcemy się zbytnio pastwić nad AGD i łatwo nam mówić to z perspektywy czasu, no ale jak się okazało – tutaj problem pojawił się z dwóch przyczyn – niepotrzebna wymiana bramkarzy w przerwie, jak również kiepskie zarządzanie zmianami. Opiszemy to dokładnie w szczegółowej relacji za kilka dni. Natomiast Tiger grał od początku do końca swoje. Wiedział, że nawet jeśli będzie przegrywał, nie może iść na hurra do przodu, tylko czekał na swoje szanse. A te przyszły. Pierwszy gol z rzutu wolnego, drugi to efekt fikuśnego samobója sprezentowanego przez rywali, a trzeci to specjalność zakładu czyli akcja duetu Paweł Gołaszewski – Adam Drewnowski. Brawa dla Tygrysów, bo to nie pierwszy mecz w rundzie, który wygrali doświadczeniem. Ale na pewno jeden z najcenniejszych!

Jak widzicie – w dniu wczorajszym widzieliśmy już prawie wszystko. Słowo „prawie” jest tutaj kluczowe, bo kolejny rozdział książki z cyklu „niemożliwe nie istnieje” napisali przedstawiciele Al-Maru i Fil-Polu. Ci pierwsi już po premierowym kwadransie prowadzili 3:0! I grali może nie koncertowo, ale bardzo mądrze i skutecznie. Mieli nawet okazję na 4:0, ale tuż przed przerwą stracili gola z rzutu karnego. I dziś już wiemy, że to był jeden z kluczowych momentów tego spotkania. Dawna Andromeda, chociaż do tego momentu grała słabo, odrodziła się i w drugiej połowie wróciła z zaświatów. Szybko zrobiło się 3:2, a okazji do wyrównania nie brakowało. Al-Mar czasami miał szczęście, czasami ratował go Błażej Kaim, ale problem zrobił się wtedy, gdy w 44 minucie drugą żółtą kartkę obejrzał Marcin Rychta. Wtedy na zegarze było sześć minut do końca i sami nie widzieliśmy, czy to mało czy też dużo czasu, by odrobić bramkę straty. Gdy w 47 minucie golkiper Al-Maru obronił szansę Kuby Birka, byliśmy pewni, że Fil-Pol może jedynie uratować remis. Ale i my daliśmy się nabrać. Za chwilę sprytne rozegranie rzutu wolnego i do remisu doprowadza Maciek Kamiński. A potem upływa ledwie 60 sekund i przypomina o sobie Karol Sochocki, który zdobywa bramkę na wagę arcycennych trzech punktów. Jedni krzyczą z radości, drudzy ze złości. Fil-Pol powoli jawi się jako specjalista od thrillerów i to takich, z pozytywnym - dla siebie - zakończeniem. Z kolei Al-Mar przegrywa co najmniej zremisowany mecz i tak przybitych podopiecznych Marcina Rychty (oraz jego samego) dawno nie widzieliśmy...

Mało Wam emocji? No to przechodzimy do ostatniego meczu rundy jesiennej – Offside kontra In-Plus. Wielki rewanż za starcie z poprzedniego sezonu, choć wiadomo że teraz sytuacja jest inna, bo ten mecz nie miał tak dużego ciężaru gatunkowego jak tamten. No ale jedno się nie zmieniło – obie ekipy chciały wygrać. Po obydwu stronach było trochę braków, no ale mimo to spotkanie stanęło na wysokości zadania. Pierwsza połowa – co zaskakujące – kończy się bezbramkowo. Łatwo więc policzyć, że w drugiej padło aż siedem goli! I co lepsze – nam po każdej z nich już się wydawało, że rywalom będzie ciężko odpowiedzieć, a było odwrotnie. Offside łącznie wychodził na prowadzenie trzy razy, a mimo to za każdym razem dawał się doganiać. I tak szczerze mówiąc – to jedni i drudzy tracili dość głupie bramki, bo albo z niedogadania, albo po błędzie bramkarza, czy też po jakimś zamieszaniu. Paradoksalnie – bardziej piłkarskie gole zdobywał Offside, no ale nic mu to nie dało. Bo przy wyniku 3:3, w ostatniej akcji spotkania, Karol Szeliga dośrodkował piłkę do swojego brata Patryka, ta przeleciała nad głową ostatniego obrońcy, została muśnięta stopą przez popularnego „Szeldona” i wpadła do siatki obok zaskoczonego Mateusza Bajkowskiego. Przegrani byli bardzo niepocieszeni, bo ich zdaniem nie zasłużyli na przegraną. Naszym również – remis oddałby uczciwie przebieg wypadków, no ale pojęcie piłkarskiej sprawiedliwości tak naprawdę nie istnieje. A jeśli nawet, to ten medal zawsze ma dwie strony i ta gorsza trafiła się tym razem drużynie z Wołomina. No ale sezon jest jeszcze długi i Offside ostatniego słowa w kontekście mistrzostwa na pewno nie powiedział. A przynajmniej taką mamy nadzieję.

Szczegółowe opisy pojawią się w czwartek/piątek w raportach meczowych (czyli po kliknięciu na wynik spotkania), natomiast statystyki (strzały, faule, rzuty rożne, etc) są TUTAJ. W rywalizacji w typowanie Organizator - Zawodnicy, lepsi ci drudzy, aczkolwiek było to bardzo wyrównanie starcie. Jego dalsza część nastąpi w marcu.

Oczywiście zapraszamy Was by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać serwis. Będzie się tu jeszcze trochę działo, więc przynajmniej do niedzieli każdego dnia znajdziecie tutaj coś nowego. A potem dłuuuuga przerwa, bo start drugiej częśc sezonu to środek lub koniec marca ;) W tzw "międzyczasie" zapraszamy do Nocnej Ligi Halowej ;)

PS: czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ dla większego zasięgu. Z góry dzięki!


Dodaj komentarz

Fil Pol 1516 Al Mar 1617 Fil Pol 1718 In Plus 1819