Futboliga - Liga Ósemek Piłkarskich

 

ZALOGUJ SIĘ SUBSKRYBUJ

Logowanie

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Fil-Pol rozgoryczony po porażce w hicie. Tygrysy przepłoszyły Wolę.

28
Paź

Jeśli ktoś miał tego dokonać, to oni mieli największe szanse – po siedmiu kolejkach piątej edycji, na pokładzie jest już tylko jedna drużyna, która nie wie co to przegrana – In-Plus Marki.

Wczorajszy dzień można by podzielić na dwie – niekoniecznie równe części. Ta pierwsza to ładna pogoda, ale w większości mecze jednostronne, z kolei w drugiej pogoda już nie sprzyjała, za to pojedynki były dużo bardziej zacięte. Zaczynamy oczywiście od początku, a granie w siódmej serii zainaugurowali gracze Sparty i Dar-Maru. Wczesna pora rozgrywania tego meczu być może miała wpływ na to co widzieliśmy zwłaszcza w pierwszej połowie, bo była ona bardzo niemrawa, aczkolwiek widniał po niej satysfakcjonujący Spartę remis 0:0. W drugiej odsłonie Dar-Marowi dość szybko udało się jednak otworzyć wynik meczu, dzięki czemu spotkanie trochę się ożywiło. Tyle że przegrywający nie mieli tego dnia argumentów. Mimo - pierwszej w tym sezonie - obecności Kamila Suchockiego ich gra do przodu wyglądała mizernie, a że w obronie znów nie zabrakło prostych błędów, to mecz skończył się ich porażką 0:3. Już siódmą z rzędu, gdzie nie po raz pierwszy nie byli dużo słabsi od rywala, ale znów czegoś im zabrakło. I to na pewno boli. Dar-Mar zrobił natomiast swoje, nawet jeśli do stylu można by mieć co nieco zastrzeżeń.

Serię niezłych, acz przegranych meczów z ligowymi tuzami kontynuuje także Marcova. Nie łudziliśmy się, że Mateusz Gawłowski i spółka urwą punkty podrażnionemu Offsidowi, ale wiedzieliśmy iż faworyci będą musieli być tutaj bardzo czujni. Problem polegał na tym, iż Fioletowi uparli się, by pomóc przeciwnikom, bo pierwsze dwa gole jakie zainkasował wicemistrz rozgrywek, padły po trafieniach samobójczych. To nie załamało przegrywającymi - w 29 minucie udało im się zaliczyć trafienie kontaktowe, lecz nie po raz pierwszy słabo wypadła końcówka spotkania w ich wykonaniu, którą przegrali 0:2 a cały mecz 1:4. Na pewno trochę pechowa porażka, choć mieliśmy wrażenie że Offside nie grał na 100% swoich możliwości a gdyby zaszła taka potrzeba, to włączyłby turbo. Tylko po co miał to robić, skoro rywale połowę bramek sprezentowali mu sami? Mamy tylko nadzieję, że to spotkanie nie będzie ostatnim w rundzie dla wspomnianego wcześniej Mateusza Gawłowskiego. Pęknięciu uległ bowiem jego łuk brwiowy i chociaż popularny „Gaweł” wrócił do gry, to oby skończyło się tutaj "tylko" na szyciu i kilku dniach przymusowego odpoczynku.

Raczej łatwo było również przewidzieć wynik konfrontacji Al-Maru z Incognito. Mieliśmy (i nadal mamy) dużo szacunku dla graczy z Marek, którzy pojawili się wczoraj na boisku, aczkolwiek pozbawieni braci Ryńskich, Grześka Pańskiego czy Kamila Palonka, nie mieli szans z walczącym o podium Al-Marem. Pierwsza połowa wyszła im jeszcze po japońsku, czyli „jako-tako”, ale w drugiej drużyna braci Rychta mocno ich poobijała. Przegrani zasłużyli co prawda na trafienie honorowe, bo kilka razy znaleźli się w polu karnym Błażeja Kaima, tyle że brakowało im zimnej krwi, przez co golkiper Al-Maru zaliczył czyste konto. Potwierdziło się więc, że drużyna z Wołomina nie należy do najbardziej ulubionych rywali Incognito. To było już ich piąte starcie, gdzie za każdy razem trzy punkty zgarniali faworyci. Pewnym pocieszeniem dla przegranych może być jednak to, iż niewykluczone że rundę zakończą starciem z Dar-Marem. A akurat z tym przeciwnikiem gra im się wyjątkowo dobrze ;)

W drugiej lidze nie zatrzymuje się za to Ursynów. Po trzech zwycięstwach z rzędu, podopieczni Roberta Biskupskiego właśnie odnieśli czwarte – tym razem nad Sokołami. Tym drugim nie udało się z kolei zbudować własnej serii trzypunktowych zdobyczy, bo ostatnio dwie takie zanotowali, no ale tym razem nie było na to szans. Co prawda w premierowych 25 minutach zielonkowscy weterani kilka raz wszczęli alarm w „szesnastce” Tomka Włodarza, lecz wydaje się, że nawet gdyby wykorzystali którąś z okazji, to korzystnego wyniku do końca by nie dowieźli. A co ciekawe – pierwszy i zarazem kluczowy cios w tej rywalizacji zadał im ich były zawodnik – Tomek Sieczkowski. Ten gracz popisał się kapitalnym lobem z kilkudziesięciu metrów, otwierając wynik spotkania, dzięki czemu jego ekipie grało się potem dużo łatwiej. W drugiej połowie Sokoły wiele piłek oddawały za darmo i wynik mógł być tutaj nawet dwucyfrowy. Dla Ursynowa rozmiary zwycięstwa nie miały jednak większego znaczenia. Teraz i tak liczy się już dla nich tylko najbliższy mecz, w którym jeśli wygrają, to zapewnią sobie ciepły fotel lidera aż do startu drugiej części sezonu. Kto by taki scenariusz przewidział kilka miesięcy temu?

Teraz przechodzimy do najważniejszego meczu z wczoraj, w którym spotkały się dwie najlepsze drużyny pierwszej ligi piątej edycji. In-Plus i Fil-Pol byli do tego momentu niepokonani, chociaż w niedzielę jedni i drudzy mieli swoje problemy kadrowe (brak Krzyśka Woźniaka i Karola Szeligi po stronie In-Plusu czy Karola Sochockiego i Maćka Kamińskiego po stronie Fil-Polu). I sami zastanawiamy się, jak przedstawić Wam to spotkanie, bo chociaż prawda o tym meczu powinna być jedna, to nasza prawda na pewno nie będzie się pokrywała z tym, co usłyszycie od zawodników Fil-Polu. Według nas wyglądało to tak – początek należy do dawnej Andromedy, która ma więcej z gry, ale zamiast gola zdobyć, to go traci – po kontrowersyjnym (według nich) rzucie karnym. Potem mecz się wyrównuje, obydwie strony mają swoje okazje, ale to znowu In-Plus zadaje cios w krytycznym momencie (według Fil-Polu znowu z pomocą sędziego, bo z rzutu wolnego podyktowanego za faul w bliskiej odległości od pola karnego). Przegrywający na początku drugiej połowy minimalizują straty, lecz za chwilę tracą głupiego gola (za którego winę ponoszą już wyłącznie oni sami - a przynajmniej tak nam się wydaje). Lada moment 100% sytuacji nie wykorzystuje Arek Stępień, a że In-Plus co ma to strzela, to robi się później 4:1 (brak informacji na temat tego, czyja to wina) i nic tu nie zmienia trafienie Karola Szulima z 47 minuty. Jesteśmy bardzo dalecy, by napisać – obrońcy tytułu wygrali tutaj zasłużenie. W naszej opinii był to mecz równy, gdzie chociaż markowianie byli bardziej konkretni, to nie zdziwilibyśmy się, gdyby przegrani po meczu wcale nie czuli się gorsi. I może właśnie to, tak ich sfrustrowało. Stoimy jednak na stanowisku, iż decyzje arbitra były prawidłowe, a wygrał zespół który strzelił po prostu więcej bramek. Tak to już w piłce nożnej jest i trzeba się z tym po prostu pogodzić.

Emocjonujący mecz obejrzeliśmy także od godziny 16:30. Al-Maj Car podejmował FC Hash, gdzie obydwu drużynom punkty były bardzo potrzebne. Finalnie zabrał je sobą zespół z Marek, który chociaż przegrywał do przerwy 0:1, to dzięki bardzo wysokiej skuteczności Rafała Saksa, odwrócił losy pojedynku. Inna sprawa, że Haszyści trochę rywalom pomogli, bo jedną z bramek stracili po dośrodkowaniu z rzutu wolnego i uderzeniu główką (co bardzo rzadko się zdarza), a inną po rzucie karnym za zagranie ręką Piotrka Dudzińskiego. W końcówce miejscowi rzucili wszystko na jedna kartę, doszli nawet do wyniku 2:3, a potem mieli jeszcze szansę, by wyrównać – Mateusz Kowalski strzelił jednak z dystansu nad bramką. Ale nie brak skuteczności był największym problemem obozu z Zielonki – tutaj rozbija się wszystko o defensywę, której brak wyraźnego lidera, który by ustawiał, podpowiadał czy neutralizował. Po drugiej stronie boiska brawa należą się za to wspomnianemu Rafałowi Saksowi – temu graczowi nie wszystko się w meczu udaje, ale cechuje go niesamowita pazerność na bramki. A że piłka w polu karnym go szuka, to potem mamy takie ładne efekty. Brawo!

O ile wyniki wszystkich poprzednich starć trudno nazwać niespodziankami, to w ten sposób należy chyba spojrzeć na rezultat spotkania Retro – Nauka Jazdy u Sławka. I od razu dodajmy – sukces „Sławków” wcale nie był tutaj przypadkowy, ani nie wynikał też z braków kadrowych rywala. To wyłącznie ich zasługa, aczkolwiek gdzieś odnosiliśmy wrażenie, iż Retro tak bardzo uwierzyło, że w końcówce rundy będzie miało z górki, że po prostu nie spodziewało się takiego zagrożenia ze strony NJUS. Tym czasem bracia Marcinkiewicz i spółka od początku grali konsekwentnie, na dobrym poziomie, wyprowadzali szalenie groźne kontry i niczym rasowy bokser wypunktowali zespół z Radzymina. Przegranym brakowało natomiast pomysłu, jak dobrać się do skóry konkurentom. Próbowali na różne sposoby, mieli zresztą więcej oddanych strzałów, jak również więcej celnych, tyle że to nie przekładało się na wynik. Nauka Jazdy zagrała zresztą trochę w nie swoim stylu – wreszcie odpuściła sobie granie miliona podań i „koronkę”, a postawiła na dobrą defensywę i szybki atak. Jak widać na efekty nie trzeba było długo czekać i po takim meczu aż korci by nie zadać im pytania – panowie, tylko czemu tak późno?!

Po serii kiepskich i przegranych starć w końcu podniósł się wołomiński Tiger. Osobiście stawialiśmy w tej parze na Wolę Rasztowską, aczkolwiek nasza optyka zmieniła się, gdy okazało się że do grona ważnych i jednocześnie kontuzjowanych graczy tej ekipy, dołączył Konrad Bulik. Chyba każdy wie, ile ten człowiek znaczy dla „żółto-czarnych”, choć dalecy jesteśmy od stwierdzenia, iż właśnie to zdecydowało o przegranej w niedzielę. Nie do końca. Wola wcale bowiem nie zagrała słabego meczu. Ale miała jeden poważny problem – brakowało jej konkretów. Wszystko dobrze wyglądało do pewnego momentu lub miejsca, a potem robił się kłopot. Z kolei Tygrysy były wyjątkowe konkretne – na pięć celnych strzałów, cztery znalazły metę w siatce – czy musimy pisać coś więcej? Jesteśmy też dalecy od deprecjonowania sukcesu ekipy Mariusza Magierka, no ale nie sposób nie wspomnieć, że choćby obydwa stracone gole przez Wolę w drugiej połowie, to efekt indywidualnych błędów zawodników z linii obrony. I chwała zwycięzcom, że potrafili to wykorzystać. W dodatku zrobili to bez Pawła Gołaszewskiego, więc na pewno taki triumf smakuje szczególnie. To było zresztą zwycięstwo trochę w stylów Tigera. Czyli na doświadczeniu i rutynie, a wiadomo że tych elementów chłopaki z Wołomina mają naprawdę pod dostatkiem.

Wielkich emocji nie było (bo być nie mogło) w dziewiątym spotkaniu z wczorajszego dnia. Nikt nie dawał szans ŻoliBoli w walce z AGD Marking, no i te opinie potwierdziły się w boiskowych wydarzeniach. Drużyna Gabriela Orycha wygrała dość gładko, aczkolwiek – mamy nadzieję, że nie narazimy się przegranym – i tak spodziewaliśmy się tutaj dużo wyższego wyniku. ŻoliBoli w pierwszej połowie zagrało jednak z dużym poświęceniem w obronie, miało też trochę szczęścia i wynik po 25 minutach brzmiał tylko 0:2. Druga połowa to już totalna dominacja faworytów, aczkolwiek przy wielu ich bramkach palce maczał awaryjny bramkarz zespołu SSC. Przy wielu strzałach mógł on się zachować dużo lepiej, co oczywiście większego wpływu nie miało, bo spotkanie i tak zakończyłoby się porażką przybyszów z Żoliborza. Trudno – ten mecz i tak należało uznać za stracony, bo wiadomo że nie można porównywać graczy regularnie trenujących z takimi, którzy tworzą amatorska drużynę w pełnym tego słowa znaczeniu. I nie jest to oczywiście zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Głowa do góry i wszystkie siły ŻoliBoli musi już skupić na ostatniej szansie, by wreszcie w tej rundzie zaznać słodkiego smaku zwycięstwa.

Triumfatora nie poznaliśmy z kolei w ostatniej parze z wczoraj – FC Drzewce kontra Na Fantazji. Ci pierwsi liczyli pewnie na więcej, no ale ekipa Kamila Osowskiego na to nie pozwoliła. W premierowej odsłonie bardziej podobali nam się zresztą gracze z Kobyłki, którzy chociaż grali z Kacprem Jąkałą na bramce zamiast w polu, to ta taktyka okazała się bardzo skuteczna. Popularny „Jąki” ustawiał swoich kolegów, a gdy było trzeba dobrze interweniował. Druga połowa to już przewaga zielonkowskiej młodzieży. Mieli oni więcej z gry, aczkolwiek najgroźniejsi byli ze stałych fragmentów. W ten sposób zdobyli choćby trafienie wyrównujące, a potem mieli jeszcze dwa rzuty wolne, gdzie też niewiele im zabrakło do szczęścia. Niewykluczone, że ogólnie zbyt późno wzięli się do roboty, bo gdyby ten mecz jeszcze trochę potrwał, to pewnie znaleźliby sposób, by zgarnąć tutaj całą pulę. A tak musieli zadowolić się remisem, co w przypadku Fantazji jest pierwszym punktem zdobytym w bezpośrednich potyczkach z tym właśnie rywalem. Z obu stron zadowolenie było więc umiarkowane, no ale lepsze to niż gdyby jedna z tych drużyn miała opuścić Dziennikarską z niczym.

Szczegółowe opisy pojawią się w czwartek/piątek w raportach meczowych (czyli po kliknięciu na wynik spotkania), natomiast statystyki (strzały, faule, rzuty rożne, etc) są TUTAJ. W rywalizacji w typowanie Organizator - Zawodnicy, padł remis. Obydwie strony nie przewidziały, że Tiger wygra z Wolą, a In-Plus z Fil-Polem. Ostatnie (w tej rundzie) rozdanie tej rywalizacji za tydzień ;)

Oczywiście zapraszamy Was by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać serwis. Jak zwykle będzie się dużo działo. Terminarz na kolejkę nr 8, która odbędzie się 3 listopada i będzie jednocześnie OSTATNIĄ w tej rundzie, pojawi się natomiast we wtorek po południu.

PS: czytasz nasze relacje? Polub je na Facebooku TUTAJ dla większego zasięgu. Z góry dzięki!


Dodaj komentarz

Fil Pol 1516 Al Mar 1617 Fil Pol 1718 In Plus 1819