Futboliga - Liga Ósemek Piłkarskich

 

ZALOGUJ SIĘ SUBSKRYBUJ

Logowanie

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Offside pokazał moc. Al-Maj ujarzmił Tygrysy.

30
Wrz

Kilku ekipom, które nie poniosły jeszcze porażki w tym sezonie wieszczyliśmy wczoraj mniej udaną niedzielę. Nie mieliśmy jednak racji, bo faworyci trzymają się dzielnie, zwłaszcza ci z pierwszej ligi.

Po tym, jak równo siedem dni wcześniej Fil-Pol tylko zremisował z Retro, podopieczni Wojtka Kuciaka nie mogli sobie pozwolić na drugą z rzędu stratę punktów. Na szczęście za rywala mieli Incognito – drużynę, z którą dawna Andromeda wygrywa zawsze, bez względu na okoliczności. I nie inaczej było wczoraj. Markowianie nie byli w stanie przeciwstawić się graczom w żółto-czarnych koszulkach i chociaż ci musieli sobie radzić choćby bez Arka Stępnia, to odnieśli gładkie zwycięstwo. Już po 11 minutach było 3:0 i co ciekawe – wszystkie gole były udziałem duetu: Karol Sochocki – Kuba Birek, bo gdy jeden strzelał to drugi asystował i odwrotnie. Temu tandemowi było jednak o tyle łatwiej, że gra obronna całego zespołu z Marek (czyli nie tylko graczy odpowiedzialnych za defensywę), była po prostu bardzo słaba. Brakowało tam wyraźnego lidera, co po prostu musiało się źle skończyć. A na domiar złego kontuzji nabawił się jeszcze Sebastian Ryński i oby to nie było nic poważnego, bo bez niego kiepsko widzimy perspektywy tej ekipy, by w najbliższym czasie wreszcie zapunktować.

Nie byliśmy zachwyceni sposobem, w jaki w piątą edycję wszedł Al-Mar. Niby cztery punkty na sześć możliwych to niezły wynik, ale gra była daleko od ideału. Spodziewaliśmy się jednak, że przeciwko Offsidowi obóz Marcina Rychty pokaże klasę. Jakże się pomyliliśmy. Naprawdę dawno nie widzieliśmy tak bezradnych i popełniających tyle błędów graczy z Wołomina. No ale gra się tak, jak przeciwnik pozwala, a oddajmy rywalom, że zaprezentowali się bardzo dobrze. Mieli nie mieć składu i faktycznie kilku ważnych graczy zabrakło, ale był chociażby debiutujący w Futbolidze Konrad Budek, a wystarczy sobie wpisać jego CV na 90minut, by zobaczyć jakiej klasy to zawodnik. Świetnie grał również Maciek Sadocha, który wspólnie z zawodnikiem wymienionym w poprzednim akapicie zdominował środek pola. To starcie pokazało, ile dla Al-Maru znaczy Rafał Błoński. Bez niego nie było komu zabezpieczać tyłów, co stanowiło jedynie zaproszenie dla rywali. Nie zmienia to faktu, że Offside po prostu zmiażdżył przeciwników, których strata do czołówki wzrosła już do po pięciu punktów.

Komplet „oczek” ma za to na swoim koncie In-Plus. Nie będziemy ukrywać, że przeciwko Retro spodziewaliśmy się trudnej przeprawy dla Księgowych, ale jak na razie taki termin w ich słowniku nie funkcjonuje. Drużyna Patryka Gall dość gładko poradziła sobie z przeciwnikami, a kluczowa dla losów spotkania była środka część pierwszej połowy, gdzie obrońcy tytułu w ledwie kilka minut zdobyli dwa gole pod rząd, co pozwoliło im wrzucić na luz. Retro próbowało, miało kilka okazji by znacznie szybciej zmniejszyć dystans i być może wtedy byłoby ciekawie. A tak jedynego gola dla zespołu Szymona Strychalskiego Damian Nowaczuk strzelił dopiero w ostatniej minucie, przy wyniku 0:6. No cóż – na pewno graczom Squadu przydałby się teraz teoretycznie słabszy przeciwnik, bo ci lepsi pokazali mu różnicę między pierwszą a drugą ligą. No ale nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo. Ciekawostką tego meczu był występ Christiana Musu w barwach In-Plusu – to pierwszy zawodnik z Włoch, który zagrał w Futbolidze.

Po trzech jednostronnych spotkaniach, emocje do ostatnich sekund zapewnili nam za to reprezentanci Ursynowa i Na Fantazji. Od razu jednak uściślijmy – to, że skończyło się tutaj remisem, a wynik był stosunkowo niski, nie znaczy że ten mecz można było oglądać z zapartych tchem. Obydwie drużyny zagrały bardzo przeciętnie, z różnych przyczyn nie pokazały swojego najlepszego oblicza i chyba żadna z nich nie zasłużyła tutaj na zwycięstwo. Z gry więcej mieli Fantazyjni, co wiązało się z krótką ławką rezerwowych Ursynowa. W drugiej połowie podopieczni Roberta Biskupskiego skupili się już głównie na destrukcji, z kolei ich rywali bili głową w mur i nie potrafili na tyle rozciągnąć defensywy oponenta, by zrobić mu krzywdę. W dodatku zdarzały im się proste błędy, których na ich szczęście, zmęczony Ursynów nie potrafił wykorzystać. Reasumując – spotkanie, które idealnie charakteryzuje znany powiedzenie – lepszych dwóch rannych, niż jeden zabity.

Bolesną egzekucję wszyscy zwiastowali za to Nauce Jazdy u Sławka. Nic dziwnego – skoro ferajna Bartka Jankowskiego przegrała wysoko i z Fil-Polem i z Al-Marem, to chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądził, że będzie w stanie przeciwstawić się Dar-Marowi. Ale tutaj Was zaskoczymy – ok, wynik znowu był niekorzystny, lecz wreszcie zobaczyliśmy Naukę Jazdy taką, którą chcielibyśmy widzieć co tydzień. Udało się skutecznie zabezpieczyć tyły, na dużo mniej niż w poprzednich meczach mógł sobie pozwolić Damian Zajdowski i widać było, że faworyci po prostu się męczą. Mieli jednak trochę szczęścia, bo przy stanie 0:1 fantastyczną okazję na 1:1 zmarnował Mateusz Marcinkiewicz, a chwilę później błąd przytrafił się bramkarzowi „Sławków”, który sprezentował trafienie rywalom. Mimo to pierwszoligowi outsiderzy walczyli do końca i to, że stracili później jeszcze dwie bramki, było konsekwencją walki - za wszelką cenę - o trafienie kontaktowe. Ale ogólnie zapisujemy ich występ na plus. Dar-Mar takiego oporu na pewno się tutaj nie spodziewał.

A kto okazał się lepszy w meczu, który był hitem trzeciej kolejki? ForBET stawiał w nim na Marcovę, ale my wiedzieliśmy, że Sparta – mimo ostatnich niepowodzeń – na pewno się tutaj nie położy. I bardzo długo było to wyrównane spotkanie i pewnie wielu z Was to zdziwi, bo chociaż wynik końcowy brzmiał 7:3, to jeszcze do 34 minuty było 1:1! I wtedy naprawdę nie sposób było ocenić, na czyją stronę przechyli się szala, lecz Sparta załamała się po trafieniu bezpośrednio z rzutu wolnego Mateusza Gawłowskiego. Chcąc szybko odrobić straty, drużyna Jacka Słońskiego zbyt optymistycznie rzuciła się do ataków, zupełnie zapominając o obronie, co skończyło się dla niej tragicznie. W ciągu kilku następnych minut Fioletowi powiększyli swoje konto aż o cztery trafienia, regularnie pokonując pozostawionego samemu sobie Kamila Portachę. Wyszło więc na to, iż początek sezonu w wykonaniu obydwu ekip nie był przypadkiem – Marcova potwierdziła, że wyniki były gorsze niż gra, natomiast Sparta, że do formy z poprzedniego sezonu dużo jej jeszcze brakuje.

Największa niespodzianka niedzielnego grania to natomiast zwycięstwo Al-Maju z Tigerem. Chociaż w ten sposób stawialibyśmy ekipę z Marek w roli ligowego outsidera, a wcale tak nie jest, jednak biorąc pod uwagę okoliczności, ten triumf stanowi zaskoczenie. Po pierwsze – Al-Maj grał całe 50 minut (w trudnych warunkach) bez zmian. Po drugie – w tym meczu tylko jako kibic miał wziąć udział Borys Kackiewicz. Podstawowy bramkarz ekipy Grześka Wojdy ma problemy z plecami i nie miał ze sobą nawet stroju, lecz widząc co się dzieje, postanowił zaryzykować własnym zdrowiem. I co? I był bohaterem spotkania! Broniąc w jeansach (!) swoimi interwencjami doprowadzał do szału rywali, którzy mimo przewagi w posiadaniu piłki czy kreowaniu okazji, nie potrafili znaleźć na niego sposobu. Gdy wynik bardzo długo nie zmieniał swojego oblicza, wszystko wskazywało na remis, który Al-Maj wziąłby zresztą w ciemno. I wtedy przyszła 48 minuta. Najpierw Adam Drewnowski z Tigera nie wykorzystał 100% okazji na zdobycie bramki, co okrutnie się zemściło, bo w kolejnej akcji gola dla Al-Maju zdobył Damian Malinowski. Markowianie obronili ten wynik i po ostatnim gwizdku mogli sobie pogratulować świetnie wykonanej roboty. Bylibyśmy nieuczciwi pisząc, że zasłużyli na triumf, ale osiągnęli go dzięki niesamowitej pracy całej drużyny, gdzie nie było ani jednego słabego punktu. A takie zwycięstwa docenia się szczególnie. Brawo!

Poradnik „jak zmienić swoją postawę w siedem dni” mogliby z kolei napisać zawodnicy ŻoliBoli. Przypomnijmy – w pierwszym meczu dobry występ i remis z Wolą Rasztowską. W drugiej kolejce beznadziejna postawa i klęska z Tigerem. A wczoraj chłopaki znowu przypominają sobie, iż potrafią grać w piłkę i mało nie pokonują FC Drzewce. Beniaminek w tym meczu prowadził dwukrotnie i chociaż nie obyło się bez błędów, to zabrakło mu dosłownie kilkudziesięciu sekund, by sprawdzić jak smakuje futboligowe zwycięstwo. Ostatecznie skończyło się jednak remisem 2:2, a bramce wyrównującej towarzyszyły małe kontrowersje. Gol dla zielonkowskiej młodzieży padł bowiem z rzutu karnego, a z jego podyktowaniem Mateusz Serkowski i spółka długo nie mogli się pogodzić. Niestety trudno ocenić słuszność tej decyzji, albowiem zamieszanie w polu karnym było duże, utworzyły się pary i ciężko było wychwycić moment ewentualnego przewinienia. Mimo to zawodnicy ŻoliBoli i tak powinni być z siebie zadowoleni. Grając z taką determinacją pierwszy triumf w naszych rozgrywkach i tak jest wyłącznie kwestią czasu. Co do Drzewcy, to zabrakło im trochę głębi składu. Brakowało kilku ważnych ogniw, lecz znów nie zabrakło gry do końca, co zaowocowało remisem. Pewnie nie tego się tutaj spodziewali, ale lepszy rydz niż nic.

Punkt w ciemno wzięliby za to podopieczni Rafała Kusiaka. Po dwóch porażkach Sokoły stanęły w obliczu trzeciej, chociaż Wola Rasztowska to nie AGD Marking, więc wydawało się, iż miejscowi będą tutaj w stanie powalczyć. Nic z tego. Wola nie popełniła błędów z wielu poprzednich starć z zielonkowskimi weteranami, gdzie nie potrafiła zbudować sobie odpowiedniej przewagi i potem cierpiała. Tutaj już do przerwy było 4:0, co praktycznie zamykało sprawę całej puli, tym bardziej iż prowadzący byli głodni bramek i nie zatrzymywali się w ich zdobywaniu. Wszystko przychodziło im z łatwością, bo gdy tylko udawało się przyspieszyć grę, to efekty były widoczne natychmiast. Natomiast o problemach przegranych wszystko mówi liczba celnych strzałów na bramkę – było ich okrągłe 0. Źle to wygląda z ich perspektywy, a najgorsze że symptomów poprawy nie widać. Ale najgorszym co mogliby zrobić gracze z Zielonki, to się poddać. W końcu każda kiepska passa, ma kiedyś swój koniec.

Skoro o serii mowa, to takową bardzo chcieli zbudować zawodnicy FC Hash. Po tym jak pokonali Na Fantazji, mieli nadzieję na kolejny triumf, ale chyba nie zdawali sobie sprawy, z jak trudnym przeciwnikiem przyjdzie im się zmierzyć. AGD Marking to naszym zdaniem główny faworyt do awansu do pierwszej ligi i właśnie trochę jak w pierwszej lidze mogli się poczuć ich przeciwnicy. Bo gdy byli tam rok temu, to też przegrywali wysoko, nie mieli wiele do powiedzenia i podobnie było w niedzielę. Akcje AGD napędzał Kacper Dalba, w obronie nie do przejścia był Łukasz Pokrzywnicki, a z przodu robotę robili kolejni. Hashowi nie odmawiamy walki, kilka razy udało im się zagrozić świątyni Maćka Michalczuka, lecz wyraźnie brakowało jakości. Wiele razy miejscowi musieli się posiłkować faulami, bo po prostu nie nadążali za konkurentami. W tych okolicznościach wynik 4:0 uczciwie oddaje przebieg tej potyczki, ale też i ambicje jednych i drugich. Niespodzianki więc nie było, bo po prostu być nie mogło.

Szczegółowe opisy pojawią się w czwartek/piątek w raportach meczowych (czyli po kliknięciu na wynik spotkania), natomiast statystyki (strzały, faule, rzuty rożne, etc) są TUTAJ. W rywalizacji w typowanie Organizator - Zawodnicy, po raz trzeci z rzędu lepsi ci drudzy. Trzeba się wziąć do roboty ;)

Oczywiście zapraszamy Was by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać serwis. Jak zwykle będzie się dużo działo - nie zabraknie chociażby kolejnego podsumowania czujników StatSports, gdzie napiszemy o rekordowym wyniku zawodnika AGD Marking! Terminarz na kolejkę nr 4 pojawi się natomiast we wtorek po południu.


Dodaj komentarz

Fil Pol 1516 Al Mar 1617 Fil Pol 1718 In Plus 1819