Futboliga - Liga Ósemek Piłkarskich

 

ZALOGUJ SIĘ SUBSKRYBUJ

Logowanie

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Dzień jednostronnych starć. I jednego 0:0.

23
Wrz

W zapowiedziach chyba zaklinaliśmy rzeczywistość. Oczekiwaliśmy bowiem meczów na ostrzu noża, a zamiast tego wiele było takich, gdzie już do przerwy mogliśmy dopisywać trzy punkty.

Jednym z niewielu spotkań, gdzie wszystko rozstrzygnęło się dopiero w końcówce, było to między Dar-Marem a Marcovą. Ta potyczka okazała się być klasyczną „do pierwszego błędu”. Jeszcze do 40 minuty wszystko wskazywało na to, że skończy się remisem, ale wtedy dobrze grający tego poranka blok defensywny Fioletowych pomylił się a rywale to taka ekipa, która prezentów marnować nie zwykła. Drugi gol był tak naprawdę konsekwencją pierwszego i Marcova, która na przestrzeni tygodnia rozegrała dwa dobre spotkania, zebrała w nich tylko jeden punkt. Być może jest to również pokłosie krótkiej ławki, bo wiadomo, że gdy wchodzimy w decydującą fazę spotkania, to zmęczenie daje o sobie znać, a wtedy łatwiej o pomyłkę. Pewnym pocieszeniem dla Mateusza Gawłowskiego i spółki jest to, że żadnego gola nie strzelił im ich były kolega z drużyny – Damian Zajdowski. Ale czasem jak nie można gola zdobyć, to trzeba pomóc w jego zdobyciu a obydwa gole autorstwa Tomka Bicza, padły właśnie po podaniach popularnego „Młodego”. Kto wie – może ten zawodnik będzie dla zespołu z Kobyłki kimś takim, kim równo rok temu był Dominik Ołdak?

Jednostronne widowisko przyszło nam z kolei zobaczyć od godziny 11:00. Sparta, która tydzień wcześniej mogła przeciwko In-Plusowi wystawić dwa składy, teraz przyjechała bez zmian. Już to bardzo źle wróżyło zawodnikom Jacka Słońskiego, podobnie jak brak Kamila Suchockiego. Offside co prawda też nie dysponował ani jednym rezerwowym, no ale jednak siła tego zespołu jest nieporównywalnie wyższa niż to, co tego dnia zaprezentowała Sparta. Faworyci w pierwszej połowie robili na boisku co tylko chcieli i już wtedy zbudowali sobie sześcio-bramkową przewagę. W obozie rywali szarpać starał się Rafał Kudrzycki, który nawet zmarnował jedną 200% okazję do zdobycia gola, a było to jeszcze przy stanie 0:1. Nie ma jednak sensu gdybanie, że gdyby wówczas trafił, to spotkanie potoczyłoby się inaczej. Owszem – Spartanie nie skończyliby z zerem, ale na pewno wróciliby do domów z porażką. Z każdym traconym golem ich wiara była coraz mniejsza i jedynym pocieszeniem jest to, że udało się uniknąć dwucyfrówki.

Duże problemy w piątej edycji ma również Nauka Jazdy u Sławka. Po bolesnej lekcji od Fil-Polu, teraz w rolę ich nauczyciela wcielił się Al-Mar. Początek starcia nie był jeszcze taki zły w wykonaniu „Sławków”, ale wszystko załamało się po drugim golu dla zespołu Marcina Rychty. Wtedy niewiadomą pozostała już tylko różnica bramek, tym bardziej, że po tym jak na bramkę poszedł Sebastian Radzki, takie pojęcie jak obrona nie funkcjonowało. A Al-Mar bezlitośnie to wykorzystywał, punktował przeciwnika i aż szkoda, że na spotkanie nie dojechał Łukasz Godlewski, bo znów miałby przeciwko Nauce „używanie”. Możemy się tylko powtórzyć z wielu poprzednich relacji – przegrani mają nazwiska, mają umiejętności, tylko co z tego, jak nie mają drużyny. Za wszelką cenę próbują grać ładnie, tymczasem zapominają (albo nie chcą pamiętać), że na ósemkach podstawa to obrona. I dopóki tego nie zrozumieją, dopóty ich kolejne spotkania dalej będą wyglądały jak te dwa ostatnie.

A totalnej demolki doznali w niedzielę zawodnicy ŻoliBoli. Nie jest nam to łatwo pisać, bo obstawialiśmy w ich potyczce z Tigerem remis, no ale wtedy nie przypuszczaliśmy, że woli walki starczy im ledwie na kilkanaście minut. Paradoksalnie to oni rozpoczęli strzelanie w tym spotkaniu, ale później duet Adam Drewnowski – Paweł Gołaszewski robił z nimi co tylko chciał. Przegrywającym nic się nie udawało, a w obronie z dziecinną łatwością byli ogrywani przez rywali i bezlitośnie karceni. A Tiger widząc totalne zniechęcenie w obozie Mateusza Serkowskiego, jeszcze bardziej dokręcał śrubę, bo skoro była okazja, by podreperować statystyki strzeleckie, to grzechem byłoby z niej nie skorzystać. Tak naprawdę, to już w okolicach 30 minuty SSC najchętniej wywiesiliby białą flagę, ale na ich nieszczęście o tym kiedy jest koniec spotkania decyduje sędzia. Skończyło się na fatalnym 1:12, lecz mamy nadzieję, że futboligowy beniaminek wyciągnie z tej lekcji wnioski. Bo tak słaby jak wskazuje na to niedzielny rezultat na pewno nie jest.

Z pozycji lidera drugiej ligi szybko strącony został za to Ursynów. „Czerwono-czarni” mieli duże nadzieje przed potyczką z AGD i to nawet w obliczu kilku osłabień. Ale obóz braci Orych zmobilizował się na ten pojedynek szczególnie. W porównaniu do poprzedniego starcia, do ich ekipy dołączyli dobrze znani Antek Grabowski oraz Kacper Dalba, którzy mieli spory wpływ na to, iż mecz zakończył się sukcesem ich zespołu. Kluczowy był początek drugiej połowy. Marking natychmiast po rozpoczęciu finałowej części zdobył dwie łatwe bramki, a gdyby Ursynów miał za mało problemów, to za chwilkę czerwoną kartkę za nierozważny faul otrzymał Mateusz Muszyński. To był koniec marzeń zespołu Roberta Biskupskiego o czymkolwiek, chociaż nawet w pełnym składzie ciężko byłoby tutaj cokolwiek ugrać. AGD było lepsze i zasłużenie wygrało, sprowadzając nieco na ziemię niedzielnych przeciwników. Chociaż w tym składzie personalnym, to Marking wyrasta na jednego z ligowych faworytów i pewnie niejeden rywal wkrótce się o tym przekona.

O ostatnim weekendzie (przynajmniej ze sportowego punktu widzenia) będzie chciało także zapomnieć Incognito. Drużyna Mariusza Kwiatkowskiego miała spore nadzieje, że uda się jej uprzykrzyć życie In-Plusowi. I gdy na początku spotkania, Grzesiek Pański wyprowadził zawodników w bordowych koszulkach na prowadzenie, byliśmy skłonni uwierzyć, że to faktycznie może być ich dzień. Były to jednak miłe bardzo złego początki. W dalszej fazie spotkania na boisku dominowali już „Księgowi”, którzy nie mieli żadnych kłopotów, by regularnie wyprowadzać w pole przebudowaną defensywę rywali zza miedzy. Swoje zrobił też brak bramkarza w obozie Incognito, bo wydaje się, że Grzegorz Belniak miałby nieco większą skuteczność obron niż zastępujący go Jan Miklin. W ogólnym rozrachunku osoba golkipera nie miała jednak większego znaczenia. Po prostu swoje zrobiła klasa rywala, który pod koniec był już tak pewny zwycięstwa, że w dłuższym wymiarze czasu niż zwykle mógł zagrać Patryk Gall. I w kilka minut skończył z golem i dwiema asystami, co chyba jeszcze bardziej dobiło braci Ryńskich i spółkę. Ale jak to mówią – lepiej raz przegrać i stracić dziesięć goli, niż dziesięć razy przegrać po 0:1.

Specyficzny mecz oglądaliśmy natomiast między Drzewcami a Wolą Rasztowską. Dlaczego? Bo jeszcze do 41 minuty był to pojedynek, w którym jedni odgryzali się drugim. Co prawda to zielonkowska młodzież prowadziła, ale gdyby Łukasz Polak wykorzystał chociaż jedną z wybornych sytuacji które miał, to spokojnie wynik mógł się odwrócić. I gdy tak oczekiwaliśmy wyrównania, kuriozalna pomyłka przytrafiła się bramkarzowi Woli. Czarek Murawski puścił pod stopą podanie od jednego z kolegów, co zupełnie pozbawiło energii jego drużynę. Ale takie rzeczy się zdarzają. To jednak zabiło nam emocje w tym spotkaniu, przynajmniej jeśli chodzi o podział trzech punktów. Ciekawie zrobiło się jeszcze przy okazji wejścia na plac Marcina Sobieskiego. Popularny „Sobiech” na boisku pojawia się zwykle na krótkie fragmenty, ale to był jego dzień! Nie liczyliśmy tego, ale chyba w pierwszym kontakcie z piłką strzelił genialnego gola, w tylko sobie znany sposób posyłając piłkę obok golkipera. A to wcale nie był koniec jego popisów, bo to właśnie on dobił Wolę w ostatniej minucie spotkania. Tym samym jeśli ktoś myślał, ze najbardziej znany piłkarski „Sobiech” gra w Lechii Gdańsk – to się mylił. On gra w FC Drzewce!

Po serii spotkań, gdzie goli było co niemiara, dla odmiany ani jednego trafienia nie zobaczyliśmy w konfrontacji Fil-Polu z Retro. Pewnie mało kto się tego spodziewał, bo Squad siedem dni wcześniej miał niewiele do powiedzenia z Dar-Marem, ale w drugiej serii zaprezentował się tak, do czego nas przyzwyczaił. Ten remis jest jednak w dużej mierze zasługą nie tylko graczy Retro, ale i... Arka Stępnia. Strzelec wyborowy Futboligi nie miał swojego wieczoru i popsuł wiele okazji, które zwykle kończy z zamkniętymi oczami. W tym spotkaniu była też jedna kontrowersja, bo w okolicach 40 minuty piłka wpadła do siatki Retro, lecz sędzia użył gwizdka, uznając że jeden z zawodników ekipy Wojtka Kuciaka faulował. Tyle że w Futbolidze nie ma VARu i trudno powiedzieć kto miał tutaj rację. To jednak w żadnym stopniu nie umniejsza dobrego występu Squadu, ani też nie powinno mieć wpływu na pomeczowe myślenie graczy Fil-Polu. Bo to, że tutaj skończyło się remisem, było głównie ich „zasługą”.

Z nieba do piekła bardzo szybko spadli za to reprezentanci Na Fantazji. Po tym jak dość gładko ograli Sokoły, byliśmy niemal pewni, że to samo zrobią z FC Hash. W tym przekonaniu utwierdziliśmy się, gdy znowu się okazało, iż skład ekipy Piotrka Dudzińskiego nie dość że ponownie jest daleki od optymalnego, to jeszcze bardzo wąski. Kto wie, czy to nie uśpiło Fantazyjnych, bo wczoraj zagrali po prostu fatalnie. Być może myśleli, że rywal się przed nimi położy, a ten ani myślał się poddać. Miejscowi grali konsekwentnie, twardo, wzajemnie się uzupełniali i wygrali mecz. Ale i tutaj kluczem była nie tyle ich postawa, co rywali. W zespole Kamila Osowskiego jest wielu graczy, którzy myślą, że po drugiej stronie boiska stoją „niewidomi” i że można ich ograć w pojedynkę. I właśnie przez błędy poszczególnych graczy, którzy za dużo nagrali się w FIFĘ, Fantazja przegrała to starcie z kretesem. Być może, gdyby na boisku był Kuba Godlewski czy Kamil Majewski, to daliby radę to poukładać. Bez nich chłopaki z Kobyłki grali „wolną amerykankę” i dostali to, na co zasłużyli.

Łatwo domyśleć można się za to przebiegu ostatniego, wczorajszego spotkania. Wynik 10:1 między Al-Maj Car a Sokołami mówi wszystko i chyba nie mogło się to po prostu inaczej skończyć. Ci pierwsi byli bardzo zmotywowani, by po nieudanej inauguracji szybko się odbić i uczynili to z nawiązką. Ci drudzy na mecz przyjechali bez zmian, w dodatku ich kapitan grał z kontuzją, no i gdy połączymy to z determinacją zawodników Al-Maju, to wszystko staje się jasne. Mimo wszystko szkoda nam było patrzeć na męki zielonkowskich weteranów, którzy jednak muszą się zatroszczyć o dodatkowe płuca, jeśli marzą by wyjść z pozycji, na której właśnie się znaleźli. Natomiast Al-Maj nie ma też co przesadnie celebrować tego sukcesu. Ta ekipa nie jest ani tak mocna jak w drugiej kolejce, ani tak słaba jak w pierwszej. Wiele będzie zależało od składu, jakim Grzesiek Wojda będzie dysponował co tydzień. I jeśli będzie on zbliżony do tego z wczoraj, to na pewno łatwiej im przyjdzie kompletowanie kolejnych zwycięstw. Chociaż nawet jeśli one będą, to żadne z nich nie przyjdzie już tak gładko, jak to ostatnie.

Szczegółowe opisy pojawią się w czwartek/piątek w raportach meczowych (czyli po kliknięciu na wynik spotkania), natomiast statystyki (strzały, faule, rzuty rożne, etc) są TUTAJ. W rywalizacji w typowanie Organizator - Zawodnicy, znów lepsi ci drudzy. Chyba czas byśmy dawali bardziej realistyczne typy ;)

Oczywiście zapraszamy Was by na przestrzeni całego tygodnia regularnie odwiedzać serwis. Jak zwykle będzie się dużo działo - nie zabraknie chociażby kolejnego podsumowania czujników StatSports, będziemy też uzupełniali zdjęcia profilowe, drużynowe i nie tylko. Terminarz na kolejkę nr 3 pojawi się natomiast we wtorek po południu.


Dodaj komentarz

Fil Pol 1516 Al Mar 1617 Fil Pol 1718 In Plus 1819